samuel-weller blog

    Twój nowy blog


    Zadzwoniłem do Plusa. Żeby ich zapewnić że jak najbardziej zapłaciłem ich ostatni rachunek (na którego widok notabene
    kopytami się nakryłem), i nie, nie muszą mi telefonu blokować.

    - proszę…. czekać…. – i pozytywka.

    Taka świąteczna ta pozytywka.

    Kolęda.

    Niemiecki „O Tannenbaum”.

    Konsultant nie potrafił mi tego wyjaśnić. Chyba myśli że się czepiam.


    - Dzień dobry, panie Jakubie. Pan pozwoli, Marzena.
    - Dzień dobry, panie Jakubie. Miło mi. Pan pozwoli, Iwona.

    Podaliśmy sobie ręce. Nasze towarzyszki wymieniły zakłopotane spojrzenia.

    - A nie przejmujcie się. Taki nasz mały żarcik.

    Siostra Teachera zmyła mu głowę, kiedy usłyszała o dzisiejszym wyjściu do kina, i o towarzystwie, w jakim idziemy. Stwierdziła że niedługo będziemy jak Wojewódzki, pod liceum sterczeć.

    Po pierwsze, dosyć mam na razie moich zeschizowanych rówieśniczek. Chociaż podejrzewam że ze młodymi kobietami to może być tak jak z młodym winem, jedna wielka marketingowa ściema. Że niby cały świat napalony, a potem wychodzi że drogie to jak cholera, mało smaczne, i łeb następnego dnia napierdala.

    Po drugie, dosyć mam na razie kobiet w ogóle. Do obecnego bałaganu w moim życiu przyczyniła się między innymi niezdrowa fiksacja na jedną taką, wątpię czy następna jest najlepszym antidotum na ten bałagan. Niezależnie od wieku. A na młodszej przynajmnije można oko zawiesić. W celach konwersacyjnych wziąłem kumpla.

    Po trzecie, bywają gorsze wzorce od Jakuba W.

    Więc na razie trzy razy tak.


    - Dobra, kolego, koniec zabawy. Przestajecie się ściskać, masz 2 minuty żeby ją poprosić o numer telefonu, i wychodzi z nami.
    - A ty co się tak rządzisz? Jesteś jej facetem czy bratem czy kurna czym?
    - Przy tej pogodzie jestem ważniejszy od faceta i brata. Kierowcą jestem. I mówię, że, kurna, idziemy do domu.

    Nie piję, to mogę się przynajmniej porządzić.


    - Co on ją tak obściskuje strasznie?
    - Koleś pionowo wyraża swoje poziome żądze.

    ….. kumpel podniósł brew.

    - Dobre, nie słyszałem jeszcze.
    - Dobre, bo moje.

    Nie moje, tylko G. B. Shaw. Własny rzekomy geniusz nie dawał mi spokoju, to sprawdziłem w sieci. Okazuje się, że moja pamięć jednak przerosła moją inteligencję.


    Dziwne uczucie: dowiedzieć się, że będzie się dla kogoś pierwszym w zyciu kochankiem.

    Dziwniejsze: dowiedzieć się, że było się dla kogoś ostatnim w życiu.

    Spotkałem przypadkiem kogoś z mojego pierwszego piekielnego roku we Wrocławiu. U „ktosia” wykryto już wtedy nowotwór macicy. Krótko po tym zdiagnozowano złośliwość, stadium obecnie daleko posunięte, terminalne.

    Do tego nawet ja żadnego zabawnego podsumowania nie wymyślę. Jedyne sensowne zostało wymyślone przez Szkotów z którymi piliśmy na czczo w akademiku w Mainz.

    „Life’s a bitch. And then you marry one.”.


    Przeprosiła.

    Esemesem wprawdzie, ale zawsze to jakiś miły akcent. Trochę jakby lepiej.

    Mam w związku z tym teraz nadzieję. Nadzieję, że jest jej beze mnie faktycznie lepiej. Bo inaczej cała ta ostatnia masakra była zupełnie, kompletnie bez sensu.

     

    -
    ..a ja to kiedyś…

    Ostatni
    odcinek męskiego licytowania się historyjkami, tym razem pod tytułem: „Co najbardziej
    nieprzyjemnego wydarzyło mi się podczas seksu”. Po rzeczach banalnych w stylu
    przyciętych zamkami błyskawicznymi przyrodzeń, siniakach po rozwaleniu
    łóżka/stołu/sanek (?) i niespodziewanych wejść osób niepożądanych przyszła
    kolej na kalibry cięższe.

    Jeden
    kumpel wyskoczył podczas aktu z niewłaściwym imieniem. Drobiazg, gdyby nie to,
    że aktualnie siedząca na nim panna była jakąś krajową wicemistrzynią juniorek w
    boksie.

    Ja
    kiedyś w czasie zabawy w najlepsze poczułem tajemnicze mrowienie na pośladkach.
    Z rodzaju tych mrowień kiedy się ktoś na człowieka intensywnie gapi, tylko że
    dziwnie nisko. Obejrzałem się… prosto w wielkie straumatyzowane oczy dwuletniej
    córeczki wrzeszczącej właśnie pode mną panny. Japoński, kurwa, horror. Nic mi
    nigdy w życiu tak błyskawicznie i na tak długo nastroju nie zepsuło.

    A
    trzeci…

    -
    …a ugryzł was kiedyś w plenerze bezdomny owczarek niemiecki w dupę?

    -
    ???

    -
    Myślę że nie chcę o tym rozmawiać.

    Ciekawe,
    czy bardziej go bolało ukąszenie, czy świecenie potem oczami na pogotowiu,
    kiedy dostawał strzały na tężec i wściekliznę.

     


    W
    tym roku po prostu spokojnie przyszła i ich zmiażdżyła.


    FHM

    Brak komentarzy

     

    -
    Musimy częściej wpadać do tej „Szuflady”. „Ricardówki” to jednak klasa sama w
    sobie. Palce lizać normalnie.

    -
    Racja. A ricadowcy to też nieskończone źródło radości.

    -
    ……gorzej ci?

    -
    Nie. Widzisz, zawsze jak między nich wchodzę, to od razu czuję się jak taki
    prawdziwy, śmierdzący prochem samiec.

     

    Fenomen
    szkółki Ricarda. Bezkonkurencyjna ekipa pięknych kobiet flankowana przez dupków
    o konsystencji i temperaturze ciepłego kisielu.

     

     

    …dla ludzi spoza branży wyjaśnienie, w formie przerysowanej, bo turniejowej. Na imprezach LA nie jest tanczony w tak otwartych parach, a cubana nie wygląda jak lekcja judo:


    Liniówka

    cubana



    -
    Śmiejecie się ze mnie?

    -
    …proszę?

    -
    Pytam się, czy się ze mnie, kurwa, śmiejecie?


    Tylko
    nie „kurwa” mi tu, buraku rudy. Oczywiście że nie z ciebie, tylko z was obu.
    Szpetne jak masakra piłą mechaniczną, tłuste baby powinny siedzieć grzecznie w
    domu i nie kaleczyć swoim widokiem cudzych oczu. A jak już wyjdą między ludzi,
    to w garderobie zbliżonej przynajmniej do gustownej. A jak już nie da rady, to
    przynajmniej nie wpieprzać się do klubu dla tancerzy, między najładniejsze
    kobiety w mieście, nie pakować się w sam środek imprezy  i „dobrze się bawić”, zawalając swoimi
    pijanymi cetnarami pół parkietu. A jeśli nie da się absolutnie uniknąć
    żadnego z tych punktów, to przynajmniej trzeba umieć wziąć na otłuszczoną klatę
    okazjonalne szyderstwo ze strony innych gości. I dziękować bozi że nikt harpunem nie potraktował. Ze strachu przed
    pikietą Greenpeace’u potem pod domem.

     

    -
    Nie, skąd. Dobrze się bawicie.

     

    I
    niech mi ktoś jeszcze zarzuci, że nie potrafię ugryźć się w język.



    • RSS